Kropla deszczu

No i nasza podróż w Wietnamie się zakończyła. W ostatnich dniach odwiedziliśmy tylko dwa miasta – Hue i Hanoi. Wyjazd do Sapy i zatoki Halong nie wypalił, gdyż było zimno i padało.

Wracając jednak do Hue, miasta nasiąkniętego historią… do 1945 Hue było stolicą Wietnamu i podczas walk z Francuzami i wojny z Amerykanami zawsze ucierpiało. W centrum miasta znajduje się cytadela i mury obronne, które są kluczowym punktem podczas zwiedzania.

SAM_2541.JPG

SAM_2593.JPG

 

 

 

 

Trochę dalej niż w centrum znajdują się grobowce królewskie, do których jednak nie pojechaliśmy. W Hue spędziliśmy tylko 1,5 dnia, bo musieliśmy jechać do Hanoi i zdążyć na lot mojej mamy. Poza tym nie było nic więcej do zobaczenia poza muzeami. Pogoda zaczeła się pogarszać, ale na szczęście dopiero pod koniec drugiego dnia zaczął padać deszcz.

Mieszkaliśmy w hotelu znajdującym się w backpackerskiej dzielnicy. W każdym turystycznym mieście Wietnamu jest takie miejsce z masą hoteli, restauracji, sklepów z pamiątkami i białymi twarzami. Nie zawsze jest tam tanio, dlatego warto wejść do pierwszej, drugiej uliczki dalej.

Z Hue pojechaliśmy nocnym autobusem, który wyjątkowo był czysty i w miarę szybko dojechał. O 6.30 byliśmy w Hanoi i nic jeszcze nie było pootwierane. Na szczęście jest taka jedna restauracja wymieniona w przewodniku Lonely Planet – Tangerine, która jest otwarta od 5.30 i tam poczekaliśmy do otwarcia reszty i ruszliśmy z Tomkiem na hotelowe łowy.

Pierwsze wrażenie Hanoi nie było dobre, no i jeszcze ten deszcz. Przez pierwszy dzień głównie pozwiedzaliśmy miasto, czyli pospacerowaliśmy po ulicach, byliśmy w świątyni na jeziorze oraz muzeum kobiet. Wieczorem tylko z mamą poszłyśmy na przedstawienie kukiełek na wodzie. Całość trwała 45 min. i dobrze, że nie dłużej. Fajnie było zobaczyć coś innego, ale nie było w tym nic szałowego.

SAM_2595.jpg

 

 

 

 

Teatr

SAM_2604.JPG

SAM_2610.JPG

 

 

 

 

Następnego dnia moja mama wylatywała, więc musieliśmy się dowiedzić co i jak, żeby zdążyć na samolot. Najtańszą opcją był autobus, których jechał ponad 1h, gdyż lotnisko położone jest daleko od centrum.

Bardzo dobrze spędziliśmy czas z moją mama i wzajemnie. Wietnam też jej się spodobał i ciężko mi było uwierzyć, że mama, osoba trochę starsza, wybierze się z nami na canyoning, będzie jeździć nocnymi autobusami i jeść bardzo lokalne jedzenie. Dzisiaj się już bym nie zdziwiła ;) Z chęcia by została z nami dłużej, ale nie chodzi o miejsce tylko o nas, bo już trochę chciało jej się wracać do Polski. Trochę jej zazdrościłam, ale to ze względu, że północnego Wietnami miałam już dosyć.

Teraz możemy już porównywać i zdecydowanie wygrywa Saigon w porównaniu do Hanoi. Jest on bardziej nowoczesny, ciekawszy, a także ludzie są milsi. Kambodża z kolei jest uboższa od Wietnamu, ale ludzie są jednak symapatyczniejsi. W Wietnamie kilka razy widzieliśmy kłócących się, a nawet bijących lokalnych. Wietnamskie jedzenie jednak nic nie przebije, smakiem, ceną i sposobami przyrządzania.

Aktualnie jesteśmy w Wientianie, stolicy Laosu, do którego jechaliśmy 20 godzin. Ja na szczęście prawie całą drogę spałam.

SAM_2613.JPG

Nasz plan na Laos to Wientian -> Vang Vieng -> Luang Prabang -> Luand Nam Tha. Zastanawiamy się jeszcze nad kilkoma miejscami, ale czas pokaże gdzie zajedziemy :)

Opublikowano Nowinki | Otagowano , , , | Skomentuj

Połowa Wietnamu za nami

Zdecydowanie nie polecamy Open Busów firmy T.M Brothers Cafe, bo nie tylko są brudne ale też mają okropnie opóznienia. Drogę z Nha Trang do Hoi An pokonaliśmy w 14h, czyli ok 4h za dużo.

W Hoi An pogoda rewelacyjna, a straszono nas deszczem. Niedaleko znajduje się dosyć czysta plaża, dlatego przedłużyliśmy sobie tutaj pobyt. Wynajeliśmy rowerki i we trójke pozwiedzialiśmy na nich miasto oraz pojechaliśmy nad morze.

SAM_2451.JPG

Miasto słynie z niezliczonej ilości krawców i szewców, którzy są gotowi przygotować wszystko co tylko zechcesz. Niestety są za bardzo nachalni, bo Twoje spojrzenie oznacza zainteresowanie, co może przełożyć się na zakup i zysk dla sprzedawcy, dlatego gadają do ciebie nieważne co, żeby tylko cie u nich zatrzymać. Jednak skusiliśmy się na kilka rzeczy. Niestety raz zamówiłam buty, ktore były po prostu złe i niedokładnie zrobione, nawet mimo zebrania miary moich stóp oraz dwóch poprawek. Nie dość, że musiałam prosić o poprawki to za 3 razem, kiedy chciałam poprosić o kolejną, koleś się wkurzył i zaczął krzyczeć. Suma sumarum wzieliśmy buty ale po mniejszej cenie. Kolejna rzecz, która nie polecamy to właśnie „Everebody’s fasion. Leathers Shoes Shop”.

Mimo wszystkich niemiłych przeżyć Hoi An jest ślicznym miastem. Stare miasto jest wpisane na listę UNESCO.

SAM_2437.JPG

Wąskie uliczki i niskie domy wyglądają najlepiej wieczorem, kiedy włączone są lampiony będące na każdej ulicy. W centrum znajdują sie dwa mosty, jeden prowadzi na wyspę An Hoi, a drugi nazywa się japońskim mostem, który pełni rolę bardziej ozdobną. Wieczorem ustawiają się przy nich sprzedawcy wodnych lampionów, które można kupić w różnych cenach w zależności ile uda Ci się stargować. Zabawne jest, że za każdym razem jak je sprzedają to mówią, że mają teraz happy hour :)

hoian2.JPG

Na starym mieście znajduje się pomnik Kazimierza Kwiatkowskiego, Polaka, który zasłynął w Hue i Hoi An odrestaurowując wietnamskie zabytki mające ulec znieszczeniu. Raz z dumą mogłam o tym opowiedzieć dwójce azjatom stojącym przed pomnikiem.

hoian1.JPG

Kolejny ważny punkt każdego miasta to mianowicie jedzenie. Polecamy regionalny przysmak – Cau Loc. Trudno opisać potrawę, ale jej wyróżnikiem jest specyficzny makaron, sos i coś a’la nasze polskie prażynki. Nie wszystko jest tutaj przepyszne, ale warto próbować, bo nie wiadomo kiedy spotka się coś przesmakowitego.

Przed chwilą przyjechaliśmy z Hue, gdzie byliśmy tylko półtora dnia i jesteśmy w Hanoi. Jutro moja mama wylatuje stąd, więc lecimy zwiedzać miasto. Aloha!

Opublikowano Nowinki | Otagowano , | Skomentuj

Up and down!

Kolejnym miastem na naszej liscie bylo Dalat, polozone 1500 m.n.p.m., czyli dosyc wysoko. Jechalismy nocnym autobusem i niespodziewanie dojechalismy za szybko. O 4 w nocy bylismy w Dalat i pierwszym naszym odczuciem byl spory chlod – 15 stopni. My przyzwyczajeni do wysokiej temperatury i majac na sobie krotkie spodenki zdecydowalismy sie szybko zmienic ciuchy. Pierwsza noc spedzilismy w 4 gwiazdkowym hotelu, ale tylko w jego holu, zeby przeczekac kilka godzin zanim wyjdzie slonce. Na szczescie podczas naszego pobytu temperatura podskoczyla i tylko czasami zakladalismy bluzy. Wspomnienia zwiazane z Dalat mamy rewelacyjne, ze wzgledu na canyoning, na ktory sie wybralismy. Polega on mianowicie na poruszaniu sie wzdluz rzeki na linie i pokonywaniu gorskiego kanionu. Mielismy kilka zejsc na linie po suchym zboczu i kilka po wodoposadzie. Raz schodzac po jednym wodospadzie nalezalo zeskoczyc na wysokosci 3m.

Skok mamy

Skok Magdy

Moja mama dzielnie pokonywala kazda przeszkode razem ze wszystkimi. Bylismy z Tomkiem pod niemalym wrazeniem, ze odwazyla sie to zrobic. Jedna Szwedka z naszej ekipy zrezygnowala z ostatniego zejscia tzw. abseilingu, ktory nosil znamienna nazwe pralka :) Na koniec wskakiwalo sie do wodospadu, ktory kreci toba jak pranie w bebnie. Polecamy kazdemu!

Ponadto pewnego dnia Tomek wybral sie w gory, a my z mama udalysmy sie na wycieczke. Pierwszym naszym punktem byl wodospad slonia, do ktorego mozna bylo sie dostac od wewnatrz.

SAM_2286.JPG

Zaraz obok znajdowala sie swiatynia z przesmiesznym tzw. szczesliwym budda.

SAM_2292.JPG

Odwiedzilismy takze fabryke jedwabiu, plantacje kawy i kwiatow oraz miejsce, w ktorym powstaje wino ryzowe.

Kokony jedwabnikow

SAM_2300.JPG 

Poza tym obok miejsca, gdzie powstawalo wino ryzowe, sprzedawano kawe z pobliskiej plantacji. Trzymali oni takze Kopi Luwaki, czyli zwierzeta wydalajace jedna z najdrozszych kaw swiata. Podobno jadaja one tylko te najdojzalsze ziarenka kawy, a ich organizm je nie trawi. W Nha Trang spokojnie mozna bylo takze ja kupic.

SAM_2305.JPG

SAM_2306.JPG

 

 

 

 

Ostatnim wartym do zobaczenia miejscem w Dalat byl „Crazy House”. Dom zbudowany na wzor budowli Gaudiego, bardzo wydziwasny co bardzo przypadlo mi do gustu. Mial pokrecone schody, a kazdy pokoj nosil nazwe od figury zwierzecia jakie sie w nim znajdowalo.

SAM_2340.JPG

Z gor udalismy sie nad morze, aby zaznac troche cieplejszego klimatu. Pierwszy raz jechalismy tzw. sleeping busem, gdzie kazdy mial miejsce do lezenia. Przejazd byl koszmarny, bo przy kazdej pokonywanej serpentynie znajdujacej sie na zboczu, myslalam, ze spadniemy. Poza tym hamulce tak smierdzialy, jakby mialy zaraz przestac dzialac. Nigdy wiecej ta sama droga!

W Nha Trang spedzilismy 3 dni. Za kazdym razem wydaje nam sie, ze w kolejnym miescie bedzie chlodniej, bo im dalej na polnoc to temperatura powinna sie obnizac. Nha Trang nie jest to moze goracym Saigonem, czyli 30 stopni, ale narzekac nie powinnismy. Symbolem miasta sa wysokie, spienione fale i faktycznie takich fal nie widzielismy nigdzie indziej. Zaraz przy samym brzegu fala przewyzszala czasami nawet mnie. Dzieki temu zabawa byla niemala.

Co bylo najbardziej zadziwiajace to wszech obecna cyrylica na ulicach i miasto pelne Rosjan. Niedaleko centrum znajduje sie lotnisko, wiec mniemany, ze to miasto jest dla nich idealnym miejscem na ogrzanie rosyjskich tylkow. Przez nich i nie tylko, miasto jest bardzo nastawione na turystyke, szczegolnie na tych bogatych Rosjan. Mimo wszystko podobalo nam sie, bo staramy sie zawsze odkryc troche lokalnych katow.

Jednego dnia pojechalismy na snorkling zobaczyc jedna z lepszych raf koralowych w Wietnamie. Pogoda niestety tego nie dnia nie byla idealna, przez co widocznosc byla ograniczona. Za to lunch na lodce byl ogromny i przypominal rodzinna wieczerze.

 SAM_2393.JPG

W Nha Trang odkrylismy kilka niezlych miejsc z lokalnym jedzeniem. Nie bylo tam obrusow, a jedynie smieci pod stolem, a krzesla byly odpowiedniej wielkosci dla dzieci, ale jedzenie bylo czyste i bardzo, bardzo dobre. Nawet moja mama z nami czasami jadla.

Kolejne miasto Hoi An mialo czekac na nas ze swoim deczem, ale bardzo mile nas zaskoczylo. Z planowanych dwoch dni pobytu przedluzamy go o jeszcze jeden dzien. O tym napisze jutro, obiecuje!!

I przepraszam za brak polskich znakow, ale nie moge zainstalowac polskiej klawiatury na komputerze, na ktorym aktalnie jestem.

Pozdrawiamy goraco w ta stroga polska zime!

Opublikowano Nowinki | Otagowano , , | 1 komentarz

Ale Saigon!

Ho Chi Minh i Hanoi są największymi i najważniejszymi miastami w Wietnamie. Opinie są jednak podzielone co do tego, które miasto jest lepsze a my musimy jeszcze poczekać, aby zobaczyć Hanoi i dać wam znać. Hanoi jest bardziej polityczno-administracyjnym miastem, z kolei w Ho Chi Minh znajdują się biura większości wielkich wietnamskich firm. Dlatego też Komitet Narodowy AIESEC Wietnam znajduje się w Ho Chi Minh a nie w Hanoi.

Zabawiliśmy w tym mieście dosyć długo, bo aż 14 dni. Tak jak wcześniej pisałam, powodem było oczekiwanie na moją mamę, która z nami już jest. Poza tym liczyliśmy, że w tak dużym mieście będzie ciekawiej niż na południu Wietnamu.

Ho Chi Minh kiedyś nazywało się Saigonem i wciąż większość osób używa tej nazwy, zarówno wietnamczycy jak i podróżni. W porównaniu do Kambodży i Phnom Penh to Saigon robi duże wrażenie. Podobnie jak Kuala Lumpur, jest dosyć nowoczesne z masą wysokich budynków i ogromnym ruchem na ulicy.

Pewnego razu wracając z kina skorzystaliśmy z usługi tutejszych motorków, bo autobusy jeżdżą tutaj maksymalnie do 21. W każdym razie podczas powrotu do naszej backpackerowej dzielni 4 razy myślałam, że w kogoś stukniemy albo że ktoś stuknie w nas. Na szczęście nic się nie stało, a wypadki na motorach spotyka się czasami na ulicy. W przeciwieństwie do Kambodży tutaj większość osób jeździ w kaskach.

Podczas naszego pobytu w Ho Chi Minh byliśmy świadkami obchodzenia Nowego Roku, który tutaj rozpoczyna się według księżycowego kalendarza, podobnie jak w Chinach. Kalendarz obejmuje 12 znaków zodiaku i 23 stycznia rozpoczął się rok smoka. Święto to nazywa się Tet i jest obchodzone przez 4 dni, gdzie większość sklepów jest pozamykane. Wietnamczycy wracają wtedy do swoich rodzinnych prowincji, aby obchodzić z bliskim święto.

2 tygodnie przed Tet park znajdujący się w centrum Ho Chi Minh staje się targiem kwiatów. Wietnamczycy kupują je, aby przystroić swoje domy.

SAM_2083.JPG

 

 

 

 

Ponadto wierzą, że to co wydarzy się przez te 4 dni w Tet to podobnie będzie wyglądał cały rok, w sumie podobnie jak u nas :P Toteż spotykają się z rodzinami, popijają trochę więcej i obdarowują się pieniędzmi tzw. lucky money, aby rok był owocny.

Razem z wietnamczykami odliczaliśmy sekundy do Nowego Roku i oglądaliśmy fajerwerki, które trawły aż 20 min.

Do tej pory poznaliśmy masę osób, zarówno przez internet jak i po prostu na ulicy. Przez couchsurfing mieszkaliśmy u Wietnamczyka imieniem Henry, ale tylko jedną noc. Był trochę dziwny, ale bardzo w porządku. To u niego poczuliśmy trochę lokalnego życia i uczyliśmy go angielskiego, bo ma duże problemy z wymową.

SAM_2080.JPG

 

 

 

 

Raz na ulicy Tomek zaczepił obcą osobę, co bardzo zdziwiło mnie. Okazało się, że zauważył przewodnik z napisem „Azja Południowo-Wschodnia” po polsku i tak poznaliśmy Anię i Tomka. Razem z nauczycielami jogi i wsłaścicielami kilku firm spędzieliśmy przemiło wieczór.

SAM_2098.JPG

 

 

 

 

Ponadto poznaliśmy młodą Wietnamkę, która dzięki AIESEC jedzie do Wrocławia na wolontariat – Anh.

SAM_2110.JPG

 

 

 

 

No i zobaczyliśmy się z naszą starą znajomą z AIESEC Polska – Patti, które pracuje tu od miesiąca a jej chłopak jest w członkiem AIESEC MC w Wietnamie.

Centrum HCMC znamy dosyć dobrze, bo po takim czasie często po nim spacerowaliśmy. Bez problemy też poruszami się lokalnymi autobusami, bo są bardzo tanie w porównaniu do taksówsek. Autobusy wyglądaja podobnie jak w Polsce, ale zdarzały się też takie….

SAM_2103.JPG

 

 

 

 

W centrum miasta znajduje się wielki smok udekorowanymi kwiatami, zw względu właśnie na rozpoczynający się roka smoka. Poza tym smoka można zobaczyć wszędzie.

SAM_2161.JPG
Obok Saigonu znajdują się tunele miasta Cu Chi, które używane były podczas wojny wietnamsko-amerykańskiej. Jak dla mnie wycieczka była przekomiczna. Przed wejściem przewodnicy piwkowali sobie, także oprowadzając byli na pewno lekko wstaswieni, bo na dodatek było strasznie gorąco. Na początek musieliśmy obejrzeć film o mieście Cu Chu, który był mocno propagandowy. Opowiadał o biednym mieście, które zostało zaatakowane przez Amerykanów i o tym jak jego mieszkańcy bronili się i mordowali wrogów. Nasza grupa składała się z nas dwójki i czwórki Rosjan, którzy nie zawsze chyba do końca rozumieli co się do nich mówi ale za to zawsze śmiali się z głupich żartów naszego przewodnika. No i nasz przewodnik! Dużo gadał i często bez sensu. Uważał, że nic nie wiemy to tłumaczył nam czasami rzeczy oczywiste. Śmieszne było to, że cieszył się z przyjaźni wietnamsko-rosyjskiej za czasów Stalina, sugerując też, że Stalin to był super gość. No i największa frajdę sprawiało mu opowiadanie o tym jak łatwo mordowali Amerykanów i czego to oni nie wymyślili żeby ich zaskoczyć.

SAM_2132.JPG

SAM_2127.JPG

 

 

 

 

Cu Chi tunele można zobaczyć od środka i wchodziliśmy pod ziemię, aby przedostać się z jednek dziury do drugiej. Najgorzsze były nietoperze aaaaa. Polecamy wycieczkę, szczególnie lokalnym autobusem.

Podobno najlepsze jedzenie uliczne jest w HCMC i próbujemy wszystkiego. O wiele więcej tutaj potraw niż w Kambodży, a najbardziej znaną potrawą tutaj jest makoran Pho.

Staramy się uczyć trochę wietnamskiego ale jest bardzo trudny ze względu na tony i tak np. jeden wyraz w zależności od intonacji, może oznaczać 5 różnych słów. Narazie opanowaliśmy: dzień dobry, dziękuję, ile to kosztuje, nie ostre, za drogo, szczęśliwego nowego roku :)

Nasza trasa na Wietnam będzie następująca: Saigon-Dalat-Nha Trang-Hoi An-Hue-Hanoi. Zastanawiamy się nad zatoką Halong i chcemy jechać do Sapy, ale teraz jest trochę zimno na północy, więc zdecydujemy jak dojedziemy do Hanoi.

Opublikowano Nowinki | Otagowano , , , , | Skomentuj

Ostatnie kambodżańskie chwile

Sihanoukville jest mocno turystycznym miejscem i to w sumie nawet bardzo. Na chwilę odpoczynku mogą sobie pozwolić tylko bogaci khmerzy, toteż białe twarze dominowały. Biedniejsi khmerzy, którzy zdają sobie z tego z sprawę, wykorzystują ten fakt żebrając wśród opalających się na plaży albo oferują swoje usługi w postaci golenia włosów nitką, manicure, pedicure albo masażu.

SAM_1978.JPG

Niektóre plaże w Sihanoukville są naprawde ładne i czyste. Szczególnie te na Otres, na której spędziliśmy cały dzień leniuchując, kapiąc się i czytając. W moje urodziny wybraliśmy się na organizowaną wycieczkę, podczas której odwiedziliśmy 3 wyspy, gdzie obok 2 udaliśmy sie na „snorkeling”. Niestety widoczność była słaba i ciężko było cokolwiek dostrzec pod wodą, ale frajdą było wskakiwanie do morza i pływanie bez dotykania dna. Pływanie w kapokach było rzeczą naturalną.

SAM_1970.JPG

Znaczna część hosteli została założona przez ludzi z zagranicy. Zabawne było, iż w Sihanouk znajduję się mało restauracji khmerskich i bez problemu można spróbować np. kuchnie grecką, włoską czy nawet niemiecką. Nasz pierwszy hotel należał do khmerów i zaoferowali nam pokój za 8$ ale w cenie 7$ i prosili żeby nikomu o tym nie mowić. Pokój był w porządku, duże łóżko, telewizor i wielkie lustro. Jednak wieczorem, kiedy Tomek już spał a ja oglądałam film, w lustrze znajdującym sie obok TV zobaczyłam za sobą nad oknem olbrzymiego szczura gapiącego sie na mnie. Najzabawniejszy był Tomek, kiedy obudziałam go swoim wrzaskiem i nie wiedział co się dzieje. Hotel niestety nie miał wolnych pokoi, aby nas przenieść a hotele obok były akurat pełne, wiec musieliśmy zostać. Obsługa hotelowa zatkała nam wszystkie dziury, którymi mogłby wejść szczur i jakoś zasneliśmy. Następnego dnia przenieślimy się do innego hotelu, który poza psami nie miał innych zwierząt.

Kolejnym punktem był Kep, położony na wybrzeżu w odległości 2h od Sihanoukville. Miasto w porównaniu do wcześniejszego wydawało sie opuszczone. Mimo, że spędzilismy 5 dni w Kep to nie ma tam za bardzo co robić. Jest to jednak idealne miejsce dla ludzi potrzebujących spokoju. Podobno są tam najpiękniejsze plaże, ale nam się wydaje, że albo one zniknęły albo bardzo cieżko je znaleźć. Miasto budowało akurat ogromny hotel i promenadę, toteż jesteśmy ciekawi jak będzie ono wyglądało za kilka lat. Trafiliśmy też na super miejsce do spania, które kosztowało tylko 6$ i było bardzo czyste. W hotelu poznaliśmy też polaków – Karolinę i Grześka.

Podczas tego pobytu wypożyczyliśmy motor i udaliśmy się do jaskiń, po których lubi chodzić Tomek. Mogliśmy przechodzić przez wąskie tunele, aby dostać się do innej komory.

SAM_2046.JPG

 

 

 

 

Spędzilismy w nich pół dnia, a później pojechaliśmy do Kampotu. Miasto znajdujące się 40 min. od Kep motorem, w którym widać mocne francuskie akcenty. Nawet obiad zjedliśmy we francuskim guesthousie, ale tylko dlatego że było tam tanio. Zrobiliśmy w mieście zakupy, bo w Kep ciężko dostać cokolwiek po rozsądnych cenach.

Następnego dnia udaliśmy się na Króliczą Wyspę, do której można dostać się łódką w 20 min. Znajdowały się tam same bungalowy, które stały zaraz naprzeciw wejścia do morza.

SAM_2077.JPG

SAM_2060.JPG

 

 

 

 

Mimo, iż sami biali wynajmowali je i bawili się tam, klimat był super. Wyspa jest bardzo mała i jedynie co możesz robić to pływać albo leżeć. Nie ma masy ludzi i jest dosyć kameralnie. Spędziliśmy tam jedną noc i uważamy, że było warto. Poza tym nasz „hotel”  miał masę szczeniaków, które były przesłodkie.

SAM_2054.JPG

 

 

 

 

Kiedy upłynął miesiąc pobytu w Kambodży, zaplanowaliśmy, że udamy się prosto do Ho Chi Minh (Saigon) w Wietnamie. Chcieliśmy spędzić tam ok. 2 tygodnie i czekać na przylot mojej mamy. Nie chcieliśmy jechać na południe, bo podobno nie ma tam nic ciekawego, a stolica południowego Wietnamu oferuje więcej możliwości. Nasza podróż trwała aż 14h, a przejechaliśmy tylko 350km, na dodatek 3 razy musieliśmy się przesiadać. Bilety kupiliśmy w Kep i nasza „agencja turystyczna” na pewno zarobiła więcej pakując nas w lokalne autobusy niż w jeden bezpośredni. Mimo wszystko zabawnie było podróżować w lokalnym autbousie i zobaczyć żywą kurę przewożoną w słomianym koszyku, która miała związane nóżki.

Po 14h dostaliśmy się do Saigonu, w którym jesteśmy już 10 dni i zostaniemy jeszcze na pewno 3. Jednak, aby notka nie była za długa o tym jak jest tutaj, napiszę za kilka dni a nie za tydzień ;)

Opublikowano Nowinki | Otagowano , , , | Skomentuj

Sylwester i morze

31 grudnia wróciliśmy  do Phnom Penh, gdzie na wieczór zostaliśmy zaproszeni na kolację do Uli. Cudownie  było zjeść zwykłe ziemniaki. Jednak Nowy Rok przywitaliśmy na motorze wiozącym nas do centrum oglądając przy tym fajerwerki. Tak jak my mamy wrocławski rynek, tak Phnom Penh ma swoją ulicę, na której zbierają się Khmerzy.

SAM_1844.JPG

Szykując się do Uli w poszukiwaniu odpowiedniego trunku wybraliśmy się do sklepu na rogu. W końcu kupiliśmy wino ale najbardziej ucieszyło nas to…. żubrówka.

 

Spędziliśmy 2 dni w stolicy i wyjechaliśmy nad wybrzeże. Planujemy spędzić nad morzem 10 dni, a później kierować się na Wietnam. Pierwszym naszym nadmorskim miastem był Koh Kong. Tomek stwierdza, że to kolejne jego ulubione miejsce w Kambodży. Miasto z natury bardzo ciche i nie tak bardzo zatłoczone przez turystów, chociaż białą twarz ciężko nie jest znaleźć.

SAM_1871.JPG

Pierwszego dnia wynajeliśmy łódkę, które zawiozła nas na wyspę Koh Kong. Wybraliśmy się tam z małżeństwem Belgów i szalonym Szwedem – Walterem. Z racji samego towarzystwa było dosyć ciekawie, gdyż Walter jest ekscentrykiem i co chwila przychodzą mu głupie rzeczy do głowy. Wyspa jest dosyć spora i wyludniona, a po brzegu biegają malutkie kraby kryjące się w piasku jeśli ktoś z nas postawił koło nich stopę. Byłoby cudownie gdyby nie śmieci znajdujące się za plażą. W Kambodży śmieci są wszechobecne i gdyby nawet księżyc by należał do Khmerów to na pewno też na nim by były.

SAM_1888.JPG

Następnego dnia wypożyczyliśmy motorek, którym skoczyliśmy na pobliski wodospad. Pierwsza rzecz to, iż wynajeliśmy tylko jeden motor, gdyż drugi wydał się nam zbędny. Na początku trochę uważałam to za zły pomysł, tym bardziej że Tomek chciał go prowadzić wożąc na nim też mnie. Poszło mu jednak bardzo dobrze, na tyle że nie chciałam go później zmieniać. Druga rzecz to wodospoad Tatai. W porze suchej nie jest on tak silny jak w porze deszczowej ale nikomu to nie przeszkadzało.  Przypominało to kaskadę małych basenów połączonych rzeką. Tatai do tej pory urzekł mnie najbardziej z widzianych wodospadów.

SAM_1898.JPG Później udaliśmy się na plażę, na której praktycznie nikogo nie było. Możliwe, że przez zachmurzenie i chłodny wiaterek.

 

 

3 tygodnie w Kambodży i ani razu nie skorzystaliśmy z trekkingu. Po drodze z Koh Kong do Sihanoukville, kolejnej nadmorskiej miejscowości, do której planowaliśmy się udać, znajdują się dwa parki narodowe – Botum Sakor i jeden w okolicach miejscowości Chi Phat. Chcieliśmy zrobić coś na własną rękę, nic organizowanego poza rangerem. O Chi Phat słyszeliśmy dużo dobrego ale nie jest się tam w stanie załatwić nic bez pomocy organizacji, której oczywiście się słono płaci. Tym samym pojechaliśmy do Botum Sakor. Siedziba parku narodowego znajdowała się 3km przed miastem Andoung Tuek. Niestety kierowca nas źle zrozumiał i wysadził nas 3km za miastem w kierunku Chi Phat, toteż marszem w 32 stopniach musieliśmy wrócić do miasta.

Z miasta zabrał nas strażnik parku tzw. ranger do siedziby głównej parku narodowego. Wycieczka była strzałem w 10. Trafiliśmy na pierwszą bardzo miłą osobę związaną z organizowaniem wycieczek, która nie chciała zdzierać z nas kasy. Lin, tak nazywał się ranger, zabrał nas do dżungli na 4 godzinny trekking, który był koszmarem. Chodzenie w długich spodniach i koszuli w piekielnym upale nie było dobrym pomysłem na trekking. Później jednak było już tylko lepiej. Wybraliśmy się na plantację arbuzów i „jam” (nie mam pojęciSAM_1918.JPGa jak to się pisze). Na miejscu spróbowaliśmy uprawiane produkty, a tzw. „jam”  wygląda jak korzeń albo gałązka drzewa i smakuje dokładnie jak ziemniak.

 

 

SAM_1913.JPG Ponadto lokalny Pan pilnujący plantację poczęstował nas kawą 3w1 :P Okazało się, że cała plantacja należy do 6 rodzin sprzedających produkty w pobliskim mieście. Zawsze też pilnuje ktoś plantacji, toteż znajduje się tam łóżko i inne przedmioty codziennego użytku.

 

Zachód słońca obrzejeliśmy na wzgórzu położonym obok plantacji. Wszystko dzięki energii Lin’a, który chciał nam pokazać jak najwięcej.

SAM_1951.JPG

 

 

 

 

Andoung Tuek jest miastem typowo khmerskim i bardzo małym. Wieczorem wychodząć na kolację wzbudziliśmy niemałe zainteresowanie wśród ludzi. Poza tym ciężko w Kambodży o elektryczność. Na ulicach praktycznie nie ma lamp, a domowe światło jest jedynym, które oświetla ulicę.

Teraz jesteśmy w Sihanoukville już 2 pełny dzień, a jutro planujemy ruszać do Kep. Sporo się wydarzyło w tym mieście, szczególnie w naszym pierwszym hotelu ale o tym następnym razem ;)

Opublikowano Nowinki | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Święta, święta … i po Angkor Wat

Nie spędziliśmy świąt tak jak planowaliśmy, zostaliśmy jeszcze jeden dzień w Ban Lung i w sumie dobrze. Nie było dużego przepychu jak w Sieam Reap.

Nasza wieczera wigilijna przy frytkach i smażonym ryżu ale za to z polskimi kolędami i chlebem zamiast opłatka.

SAM_1672.JPG

 

 

 

 

Z Ban Lung do Sieam Reap jechaliśmy aż 13h! Zdecydowanie za długo. Było już ciemno jak dotarliśmy do stacji autobusowej położonej na obrzeżach. Naganiacze i kierowcy TUK TUKów już z daleka wypatrują białych w autobusie i czekają na nich z niecierpliwością, aby zaproponować hostel albo podwózkę do miasta. Jeden Pan zaproponował nam dojazd do centrum za 1$, co się okazało, że tylko jeśli go wynajmiemy następnego dnia do zwiedzania Angkor Wat, inaczej kosztuje to 3$. Podziękowaliśmy i znaleźliśmy za 1,5$ u innego.

Sieam Reap jest bardzo turystycznym miastem. Co krok stoją olbrzymie hotele ze SPA, ozoby świąteczne i kierowcy TUK TUKów krzyczący „Merry Christmas”. Większość turystów obchodzi święta 25 grudnia, czyli tego dnia co przyjechaliśmy. Spotkaliśmy przypadkiem naszego znajomego Holendra poznanego wcześniej w Phnom Penh na spotkaniu couchsurferów.

Jest taka ulica, na której chodzą tylko biali – Sihanouk Blvd., gdzie znajdują się puby, restauracje i markety. Często tam bywaliśmy, bo wszystko było tanie ale prawdziwą Kambodżą tego nazwać nie można, nawet pomimo obrazów i figurek prezentujących Angkor Wat wystawianych na ulicy. Zaopatrzyłam się też w hamak za jedyne 2,5$. Jeszcze nie wiem gdzie go założę ale z Tomkiem kochamy takie leżakowanie. No i skorzystaliśmy z usług Pana Dr. Fish. Uczucie łaskotania na początku, a później delikatny masaż. Moje stopy chyba nie stały się gładsze, a Tomek skończył w połowie, bo nie przypadły mu rybki do gustu.

SAM_1782.JPG

 

 

 

 

Na zwiedzaniu kompleksu świątyń Angkor zdecydowaliśmy się na 3 dni. Bilety można zakupić na 1, 3 lub 7 dni, a jeden uznaliśmy za niewystarczający. Wynajeliśmy sobie rowery, aby było taniej i nie być od nikogo zależnym. Najbardziej znane i tłumnie oblegane Angkor Wat jakoś nas nie porwało. Najbardziej spodobały się nam Preah Khan i Ta P rohm, ze względu na nikczemne drzewa, którcyh korzenie weszły w ściany.

SAM_1756.JPG

Ta Prohm znane jest jednak z filmu Tomb Raider i Lari Croft z racji kręcenie scen do niego w tym miejscu. Specjalnie zamontowaone podwyższenie do zrobienia sobie zdjęć z tłem filmu.

SAM_1794.JPG

 

 

 

 

Najlepiej spodobał się nam nasz guest house. Znaleźliśmy go bardzo szybko, pokoje po 4$, więc od razu się zdecydowaliśmy. Przed guest housem jest ichna „restauracja”, gdzie wokół każdego stolika rozwieszone są hamaki.

SAM_1763.JPG

SAM_1764.JPG

 

 

 

 

Jedzenie bardzo dobre, tanie i w nastrojowym miejscu skonsumowane. Poza tym poznaliśmy tutaj pierwszą Polkę, Paulinę z Łodzi, która będzie podróżować przez Azję Pd.-Wsch. przez 4 miesiące.

A teraz Battambang a sylwestra spędzimy w Phnom Penh, gdzie wracamy na jeden dzień i później udajemy się nad morze.

Szczęśliwego Nowego Roku życzymy wszystkim :)

Magda i Tomek

 

Opublikowano Nowinki | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Czas na Kambodżę

Widok Kambodży z lotu ptaka był trochę inny niż sobie wyobrażaliśmy. Okolice lotnisko Phnom Penh wydały się suche i bez znacznego wysokiego budownictwa.

14 grudnia przywitała nas Kambodża. Na lotnisku czuć klimat komunistycznego państwa, gdzie w punkcie wydawania wiz pracuje ok. 10 osób i nikt nie raczył się uśmiechnąć do ludzi.

W Kambodży rzadko jeżdżą taksówki i aby podjechać od punkt A do B łapie się TUK TUKA albo wsiada do kogoś na motor. A teraz pytanie – Ile osób może zmieścić się na motor? Odp.: zależy od wielkości członków rodziny khmerskiej, nieraz widzieliśmy max 5. Motorki są szybsze od TUK TUKA i bardziej przewiewne, więc często korzystaliśmy. A! No i są tańsze. Dwie ważne sprawy – trzeba uważać na gorącą rurę wydechową przy wysiadawaniu, bo ja mam już przez to kambodżańską bliznę no i druga to nie pokazywać mapy dla kierowców, bo kompletnie nie potrafią z niej czytać i lepiej mówić większe punkty orientacyjne jak muzeum czy market.

W Phnom Penh w naszym guest housie pierwszy raz mieliśmy ciepłą wodę, ale jak jest tak ciepło (32 stopnie) to chłodny prysznic jest ukojeniem.

W stolicy Kambodży spędziliśmy 4 dni, a i tak wszystkiego nie zobaczyliśmy. Przez te 3 dni widzieliśmy się z Ulą, która jest naszą znajomą z Warszawy i mieszka tutaj od 1,5 roku. Bardzo dobrze mówi po khmersku, toteż często pomagała nam w targowaniu.

SAM_1498.JPG

Raz podczas kupowania wycieczki łodzią po Mekongu w Phnom Penh od nas chciano po 5$ a od Uli 1$, bo lokalni mają taniej :) Suma sumarum dostaliśmy się na łódź po 3$ ode mnie i od Tomka.

SAM_1509.JPG

Ostatniego dnia Ula zabrała nas restauracji Shabu Shabu, gdzie za kilka dolarów jest otwarty buffet, w tym sushi oraz na taśmach jeździły składniki do zupy, z których można było stworzyć swój własny wywar.

SAM_1497.JPG

Miasto nie ma wielu zabytków, po których wędruje się od jednego do drugiego. Je po prostu trzeba chłonąć i to najlepiej w lokalnych miejscach. My pokochaliśmy markety, ale te właśnie lokalne np. Orrusei, gdzie nasze oczy chłonęły wszystko co przed nimi stało.   To tam zaczynaliśmy dzień od porannych posiłków.

SAM_1429.JPG

W głównych miejscach nie byliśmy jak Royal Palace i więzienie S-21. Co nam bardzo się spodobało to Uniwersytet Sztuki, gdzie zaglądaliśmy na khmerskie lekcje. Zaskoczył nas trochę, ale tylko trochę śpiący nauczyciel.

SAM_1442.JPG

Często spotykanym zjawiskiem są starsi biali mężczyźni z młodymi khmerkami albo tajkami. Obrzydliwe! W Kambodży generalnie jest problem z wykorzystywaniem nieletnich.

No i jedzienie! Niestety nie mamy zdjęcia tych, które Ula proponowała nam. Były to wieczorne przysmaki wystawiane wieczorem przed Royal Palace, czyli smażone karaluchy, pająki i inne obrzydlictwa. Może innym razem :)

Miasto generalnie ciekawe, ale bardzo głośne ze względu m.in. na ruch drogowy w centrum. Zapomniałabym o kambodżańskich zabawach. Wieczorem na głównym placy zbierają się grupy osób i tańczą do piosenek wykonując te same ruchy. Przypominały trochę AIESEC dancy, ale ja namaściłam je jako KAMBO dancy. Załatwaliśmy sobie też wizę do Wietnamu na 3 miesiące. Taki okres wynika z tego, iż moja mama spędzi z nami 2 tygodnie, więc nasza podróż po tym kraju może się trochę wydłużyć niż 1 miesiąc.

Przez kolejne kilka dni odwiedziliśmy takie miasta jak Kompong Cham, Kratie a teraz jesteśmy w Ban Lung.

W pierwszym mieście nie ma nic nadzwyczajnego ale w pewien sposób jest nadzwyczajne. W ciągu dnia jest bardzo ciche, a wieczorem niczym motyl ożywa. Spędziliśmy w nim jeden pełny dzień, więc wypożyczyliśmy rowery, aby pozwiedzać okolicę. Odnaleźliśmy świątynie wbijając się niechcący od tyłu nie płacąc za wstęp. W sumie policjant i tak sobie spał przed wejściem. Spotkaliśmy  Panią Mniszkę (tak się mówi?), która cały czas się uśmiechała i mówiła do nas po khmersku. Do tej pory wiemy jak powiedzieć „ile to kosztuje?”, policzyć do 10, „dzień dobry”, „dziękuję”. Tomek się uczy, więc niedługo jego khmerski będzie na poziomie podstawowym :) Język jest bardzo prosty. Wracająć do Pani Mniszki, powiedziała ona (chyba?), że mam brzydką bliznę na łydce i nakarmiła przy nas małpę owocami.

SAM_1547.JPG

Polecam zobaczyć miasto jeśli ktoś ma więcej czasu. Na koniec na stacji autobusowej jedna bardzo sympatyczna Pani powiedziała, że jestem bardzo ładna, dlatego że mam ładne zęby i bardzo białą skórę :P

Do Kratie udaliśmy się po to, aby zobaczyć rzeczne delfiny w Mekongu. Razem z brytylską parą, która poznaliśmy w autobuse wynajeliśmy TUK TUKA i łódkę, żeby było taniej. Przez godzinę pływania na rzece zobaczyliśmy sporo delfinów. Jednak każdy był szybki i nieprzewidywalnie się wynurzał, więc nie udało nam się żadnego sfotografować. W drodze powrotnej skręciliśmy do bardzo lokalnej wioski, gdzie nasi znajomi kupili wino (bardzo mocny bimber) a my sok oczywiście z woreczka foliowego. Uwielbiamy sok z trzciny cukrowej z limonką sprzedawany w woreczku albo w plastikowym kubeczku za jedynie 1000-2000 RIEL, czyli 80gr-1,75zł.

SAM_1577.JPG

W każdym razie ta para z UK zwiedziła już Tajlandię, kończy Kambodżę i udaje się do Wietnamu, Austaralii, Nowej Zelandii i Ameryki Południowej. Fajni ludzie, gdzie w dodatku przekazali nam przewodnik Lonely Planet po Tajlandii, z którego już nie będą korzystać.

SAM_1571.JPG

Kolejną świętną atrakcję w Kratie była położona obok bardzo lokalna wyspa, po której maszerowaliśmy 1,5h i nie byliśmy w stanie obejść całej. Można też wypożyczyć rowery, ale my chcieliśmy się po prostu przejść. Klimat świetny! Raz dwie dziewczynki, które chodziły do tamtejszej szkoły chciały popraktykować z nami mówienie po angielsku i co chwila zaglądały do swojego zeszytu do języka angielskiego. Inne dzieci umiały się zapytać tylko jak mamy na imię, rozumiały co nieco ale z kolei zaczęły nam ściągać owoce z drzewa, żebyśmy mogli spróbować. Nie sprzedaje się tego na markecie a nazwy niestety nie pamiętam. W Kratie jest podobno zachód słońca nad Mekongiem.

SAM_1561.JPG

Po dwóch dniach w Kratie postanowiliśmy udać się do Bat Lung, gdzie mieliśmy udać się na terking w dżungli. Niestety przeżyłam poważne strucie, przez co pozwiedzialiśmy tylko lokalne wodospady, a kiedy w końcu się zdecydowaliśmy to teraz Tomkowi coś dolega. Na szczęście nic poważnego jak tylko problemy żołądkowe, czyli normalna kolej rzeczy tutaj.

SAM_1648.JPG

Święta spędzimy w Sieam Reap, koło którego leży największe dziedzictwo kultury kambodżańskiej Angkor Wat. Spróbujemy spędzić je jak najbardziej polsko.

Pozdrawiamy ciepło i życzymy Wesołych Świąt! :)

Opublikowano Nowinki | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Malezja – krok pierwszy

Każdy nasz dzień w Azji jest obfity w nowe rzeczy i ciekawe wydarzenia, a szczególnie te pierwsze w Malezji. Na lotnisku zostaliśmy przywitani chlebem, solą i wodo-wódą przez Bartka i Ewelinę, naszych znajomych z Polski, z którymi spędziliśmy pierwsze 3 dni w Azji.

SAM_1249.JPG

 

 

 

 

W Kuala Lumpur mieliśmy zaplanowany nocleg dzięki couchsurfing, czyli portal zrzeszający ludzi na całym świecie w celu spotkań lub oferowania noclegu u siebie, głównie dla podróżników. Dzięki Nadyi, naszemu gospodarzowi, spędziliśmy u niej we czwórkę aż cztery noce. Ponadto zabrała nas na nocny bazar i malezyjskie wesele swojej znajomej, ale o tym później. Jedynym minusem tej gościnności były 5 cm karaluchy, które co wieczór musieliśmy zabijać. Poza tym w Malezji jest trochę brudno, a nawet trochę bardziej. W Kuala Lumpur śmieci są wszędzie na ulicy, a mimo nocnego oczyszczania miasta codziennie ulice wyglądają tak samo.

Pierwszego dnia udaliśmy się do centrum i zdążyliśmy tylko na China Town, czyli Jalana Petaling, aby zjeść kolację. Uwaga! Każda ulica zaczyna się od słowa Jalan, bo po malezyjsku oznacza to „ulicę” i np. Jalan 4/4, na której mieszkaliśmy to nazwa ulica jest 4/4. Z Bartkiem i Eweliną łątwiej było coś zjeść, bo po 5 miesiącach w Chinach wiedzieli co jest dobre. Bardzo nam się podoba uliczne żarcie, tzw. „street food”, gdzie ze straganów sprzedawana są np. grillowane ośmiorniczki albo resturacje (nazwałabym je bardziej jadalnie) wystawiają krzesła i stoły na ulice. Ciężko powiedzieć czy jedzenie jest czyste, według ich definicji możliwe. Najważniejsza zasada dotycząca miejsc, w których chce się zjeść, to aby było w nim jak najwięcej ludzi. Oznacza to, że jedzenie tam sprzedawane jest świeże.

W China Town znajduje się dużo hosteli, szczególnie dla backpackersów, toteż co chwila widać białe twarze. W Kuala i Malezji generalnie jest bardzo dużo turystów.

Pozanliśmy 3 Polaków, również przez couchseurfing, ale umówiliśmy się tylko na kawę. Ewa z Rafałem podróżowali podobną trasą co my przez 7 miesiećy, pytaliśmy się więc co nieco. Od kilku miesięcy mieszkają i pracują w Kuala Lumpur. Przemek przyjechał na praktykę przez AIESEC Poznań, ale obecnie pracuje już w innej firmie. I to on przetrzyma nasze ciepłe rzeczy, w tym kurtki, do czasu naszego wylotu z Azji tj. 15 maja.

Przez te kilka dni zdążyliśmy zobaczyć:

  • Masid Jamek – muzułmański meczet,
  • Sultan Abdal Samad Building,
    SAM_1237.JPG

 

 

 

  • Kuala Lumpur Tower – ale nie wjechaliśmy na górę (cena: 35 RMB),
  • Petronas Tower,
    SAM_1258.JPG

 

 

 

  • China Town,
  • Little India – hinduska dzielnica,
  • Central Market – doskonały food court i możliwość do kupienia pamiętek, europejski styl więc uwaga na wysokie ceny,
  • Batu Caves – hinduska świątynia w jaskinii, ale większe wrażenie zrobiła Pani z długimi włosami,
    SAM_1328.JPG

 

 

 

  • Lake Gardens – spokojny park doskonałym miejscem dla chwili wytchnienia od głośnego Kuala.

Ponadto udaliśmy się do Putrajaya leżącej koło Kuala Lumpur. Jest to miejscowość rządowa, bo w niej znajdują się głównie rządowe siedziby. Malezja zamierza ustanowić ją wkrótce jako stolicę. Znajdują się w nim także dwa ogromne meczety, z których jeden odwiedzieliśmy. Aby wejść wszyscy musieliśmy założyć niebieskie szaty, a my dodatkowo z Eweliną kaptury.
SAM_1274.JPG

 

 

 

W meczecie mieliśmy niestety wydzieloną część, do której mogliśmy wejść. Pewien przewodnik będącym wolontariuszem zabrał nas jednak na piętro meczetu, z którego mogliśmy wszystko obejrzeć. Załapaliśmy się nawet na ceremonie ślubne. Tego nam było trzeba, osoby w temacie, która nam pokaże nieco więcej i opowie. Pan był nieziemski, szczery śmiech i skory do dzielenia się wiedzą. Niedawno wrócił z pierwszej wyprawy do Mekki i opowiedział nam trochę o islamie. Zadaniem wolontariuszy jest zmienienie opinii z religii terrorystycznej wśród osób nie związanych z religią. Na koniec poprosił o wpisanie się do księgi gości i dał nam swoją wizytówkę w razie problemów w Malezji.

SAM_1278.JPG

SAM_1272.JPG

 

 

 

 

Po zwiedzeniu meczetu udaliśmy się z Nadyą na wcześniej wspomniane wesele. Przyjechaliśmy już po ceremonii w meczecie, ale prawdopodobnie w ogóle byśmy nie zostali na nią wpuszczeni. Na wesele nie potrzebwaliśmy eleganckich rzeczy, bo mało kto z gości był elegancki, wystarczyły jedynie długie spodnie. Para młoda wyglądała przepięknie. Wesele składało się głównie ze zdjąć z parą młodą. Jeśli chodzi o nas to sama para chciała mieć z nami zdjęcie. Poza tym odbył się taniec małych dziewczynek i prezentacja zdjeć pary zanim się poznali. Łącznie byliśmy 2h razem z Nadyą, która nie była ani od początku ani do końca, ale tak to chyba jest.

SAM_1303.JPG

Uwielbiamy smaki skosztowane w Azji. Nie wszystko jest bardzo dobre, ale jest inne, dlatego nam się podoba. Ośmiorniczki pycha!

SAM_1319.JPG

 

 

 

 

Kolejnym naszym punktem malezyjskiej podróży była Melaka.

Opublikowano Nowinki | Otagowano , | 2 komentarzy

Fotosy

Ostatnio cały czas pędzimy po miastach Malezji i Kambodży, więc nie mieliśmy czasu na napisanie konstruktywnej notki. Jesteśmy w Phnom Penh i to w sumie nasz ostatni dzień w tej stolicy. Jutro wybieramy się na północ Kambodży, do Kompong Cham. 3 godziny siedzenia w autobusie, więc będzie co robić. Tymczasem zapraszam do galerii :)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj