9 dni strzeliło jak z procy i ani się nie obejrzeliśmy, a tu Frankfurt i Europa. Jak wcześniej w taką samą ilość dni odwiedziliśmy tylko dwa miejsca, tak teraz 4.
Zaczęliśmy od Cameron Highlands, czyli gór porośniętych przez plantację herbaty, truskawek i warzyw. Jedno z naszych ulubionych miejsc, gdzie mogliśmy chodzić po szlakach. Jednego dnia udaliśmy się na plantację herbaty BOH, z której podziwialiśmy tarasy herbaciane i uczestniczyliśmy w wycieczce po fabryce. Innego dnia stromym i błotnistym szlakiem dotarliśmy do punktu widokowego Brinchang, gdzie widoki były równie cudowne. W Cameron znajduje się kilka plantacji herbaty należące do różnych firm, z czego my odwiedziliśmy 3.
Dzięki swojemu położeniu miejscowości w Cameron Highlands np. Tanah Rata, w której spaliśmy, mają przyjemne powietrze i temperaturę, bo jest po prostu chłodniej. Faktem jest, iż codziennie padało, ale na szczęście nigdy nie złapaliśmy ulewy podczas naszych pieszych wycieczek. No dobra, raz rozpadało się jak wracaliśmy z jednej plantacji, ale chwila moment i zatrzymał się samochód z propozycją podwózki. Z racji tego, że nie ma autobusów bezpośrednio do i z plantacji to najlepiej jest podróżować własnym samochodem. My jednak stopowaliśmy często. I nigdy nie było problemu, bo nie czekaliśmy dłużej niż kilka minut. Dwa razy zaoferowano nam podwózkę bez wystawienia ręki, a raz złapaliśmy pierwszy samochód, który nadjechał.
Następnie udaliśmy się do Kuala Selangor tylko na jeden dzień, a właściwie to wieczór, aby zobaczyć iluminację świetlików. Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy. Płynie się łódka przy brzegu, który jarzy się tysiącem mocnych światełek. Przez chwilę myśleliśmy, że to lampki choinkowe, tylko że one nie skaczą.
Zatoczyliśmy pętlę i wróciliśmy do miejsca początkowego naszej podróży – Kuala Lumpur. Przez 2 noce mieszkaliśmy u Ewy, Rafała i Przemka poznanych 4 miesiące temu. Z nimi zjedliśmy świąteczne śniadanie w postaci Roti Canai oraz Tosai Masala, tradycyjne polskie potrawy. No i podzieliliśmy się jajeczkiem, które trochę śmierdziały rybą. Okazało się, że kury karmione są czymś z dodatkiem ryby, dlatego taki efekt. W Kuala Lumpur nastawiliśmy się głównie na zakupy, dla siebie i znajomych.
Ostatnim naszym punktem był Singapur, skąd mieliśmy lot. Z KL pojechaliśmy stopem przesiadając się tylko raz. Kierowca naszego drugiego auta zabrał nas na kramy z jedzeniem, jedne z lepszych w mieście Johor Bahru. Dał nam popróbować kilku nowych rzeczy i zapłacił za obiad. Nie chciał przyjąć od nas pieniędzy w żadnym wypadku. I na koniec zawiózł nas na granicę z Singapurem. Mega! Poza tym spróbowaliśmy w końcu duriana, najdroższy, najbardziej uwielbiany i najbardziej śmierdzący owoc w Azji. W hotelu często wiszą znaki o zakazie wnoszenia duriana. Niestety nie przypadł nam do gustu, ale podobno po 3 spróbowaniu zaczyna się go lubić.
W Singapurze spaliśmy w akademiku dziewczyny mojego znajomego z AIESEC, który był we Wrocławiu na praktyce – Franco. Kto by pomyślał, że jeszcze się zobaczymy. Miasto oderwane od pozostałych krajów Azji Pd.-Wsch. pod względem rozwoju. Jest nowoczesne, zadbane i drogie. Mandaty są powszechne i bardzo wysokie, a można go dostać za śmiecenie, plucie albo wniesienie duriana do metra i minimalne wynosi 1250zł. Na dodatek nie możesz tam nigdzie kupić gum do żucia!
W mieście możesz znaleźć wszystko, ekskluzywne i zwykłe centra handlowe, hinduską i chińską dzielnicę z tanim rzeczami i ichnym jedzeniem. Wprawdzie jedzenie jest droższe ale cena mimo wszystko przystępna. Singapur zadziwia nas jednak faktem jak małe miasto w ciągu 100 lat mogło się tak rozwinąć. Kampus Narodowego Uniwersytetu w Singapurze robi wrażenie, wewnątrz którego jeżdżą bezpłatne autobusy dla studentów. Strategią miasta jest przyciąganie talentów z innych krajów, dając duże możliwości edukacyjne.
No i 4,5 miesiąca mięło, czas wracać do domu i z chęcią wracamy, bo w głowie mamy dużo pomysłów. Zamierzamy zamieścić kilka notek już w kwestii podróżowania ale najpierw sobie odpoczniemy
