No i nasza podróż w Wietnamie się zakończyła. W ostatnich dniach odwiedziliśmy tylko dwa miasta – Hue i Hanoi. Wyjazd do Sapy i zatoki Halong nie wypalił, gdyż było zimno i padało.
Wracając jednak do Hue, miasta nasiąkniętego historią… do 1945 Hue było stolicą Wietnamu i podczas walk z Francuzami i wojny z Amerykanami zawsze ucierpiało. W centrum miasta znajduje się cytadela i mury obronne, które są kluczowym punktem podczas zwiedzania.
Trochę dalej niż w centrum znajdują się grobowce królewskie, do których jednak nie pojechaliśmy. W Hue spędziliśmy tylko 1,5 dnia, bo musieliśmy jechać do Hanoi i zdążyć na lot mojej mamy. Poza tym nie było nic więcej do zobaczenia poza muzeami. Pogoda zaczeła się pogarszać, ale na szczęście dopiero pod koniec drugiego dnia zaczął padać deszcz.
Mieszkaliśmy w hotelu znajdującym się w backpackerskiej dzielnicy. W każdym turystycznym mieście Wietnamu jest takie miejsce z masą hoteli, restauracji, sklepów z pamiątkami i białymi twarzami. Nie zawsze jest tam tanio, dlatego warto wejść do pierwszej, drugiej uliczki dalej.
Z Hue pojechaliśmy nocnym autobusem, który wyjątkowo był czysty i w miarę szybko dojechał. O 6.30 byliśmy w Hanoi i nic jeszcze nie było pootwierane. Na szczęście jest taka jedna restauracja wymieniona w przewodniku Lonely Planet – Tangerine, która jest otwarta od 5.30 i tam poczekaliśmy do otwarcia reszty i ruszliśmy z Tomkiem na hotelowe łowy.
Pierwsze wrażenie Hanoi nie było dobre, no i jeszcze ten deszcz. Przez pierwszy dzień głównie pozwiedzaliśmy miasto, czyli pospacerowaliśmy po ulicach, byliśmy w świątyni na jeziorze oraz muzeum kobiet. Wieczorem tylko z mamą poszłyśmy na przedstawienie kukiełek na wodzie. Całość trwała 45 min. i dobrze, że nie dłużej. Fajnie było zobaczyć coś innego, ale nie było w tym nic szałowego.
Teatr
Następnego dnia moja mama wylatywała, więc musieliśmy się dowiedzić co i jak, żeby zdążyć na samolot. Najtańszą opcją był autobus, których jechał ponad 1h, gdyż lotnisko położone jest daleko od centrum.
Bardzo dobrze spędziliśmy czas z moją mama i wzajemnie. Wietnam też jej się spodobał i ciężko mi było uwierzyć, że mama, osoba trochę starsza, wybierze się z nami na canyoning, będzie jeździć nocnymi autobusami i jeść bardzo lokalne jedzenie. Dzisiaj się już bym nie zdziwiła
Z chęcia by została z nami dłużej, ale nie chodzi o miejsce tylko o nas, bo już trochę chciało jej się wracać do Polski. Trochę jej zazdrościłam, ale to ze względu, że północnego Wietnami miałam już dosyć.
Teraz możemy już porównywać i zdecydowanie wygrywa Saigon w porównaniu do Hanoi. Jest on bardziej nowoczesny, ciekawszy, a także ludzie są milsi. Kambodża z kolei jest uboższa od Wietnamu, ale ludzie są jednak symapatyczniejsi. W Wietnamie kilka razy widzieliśmy kłócących się, a nawet bijących lokalnych. Wietnamskie jedzenie jednak nic nie przebije, smakiem, ceną i sposobami przyrządzania.
Aktualnie jesteśmy w Wientianie, stolicy Laosu, do którego jechaliśmy 20 godzin. Ja na szczęście prawie całą drogę spałam.
Nasz plan na Laos to Wientian -> Vang Vieng -> Luang Prabang -> Luand Nam Tha. Zastanawiamy się jeszcze nad kilkoma miejscami, ale czas pokaże gdzie zajedziemy
